Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, fot. Wikipedia
Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, fot. Wikipedia
A ja tu samiutka…
10 lutego 1940 roku w rodzinie Młodzianowskich we wsi Załuskie Koronne (gmina Brańsk) matka rozczyniła chleb. W chwilę potem do drzwi rozległo się walenie.
– Śmieli się, że wywożą nas do raju. Babka nie chciała jechać, płakała, tłumaczyła, że przyjechała tylko w odwiedziny do rodziny, a mieszka gdzie indziej. Grozili, że zastrzelą… Matka wymknęła się jakoś do sąsiadów pożyczyć chociaż chleba na drogę – opowiada Eugenia G., wtedy 6-letnie dziecko. W pół godziny – tyle czasu im pozostawiono – niewiele można było zabrać.
Jan Młodzianowski – najstarszy z rodzeństwa – nawet po 50 latach doskonale pamięta, co pozostało w rodzinnym obejściu ojca-leśnika: „Ojciec zostawił 20 tysięcy złotych, 2 konie, 6 sztuk bydła, 30 świń, pełną stodołę zboża nie młóconego, 3 stogi żyta, owsa i około 40 metrów omłóconego zboża i ze 3 hektary kartofli. Chlewy i obory rozebrano, rower, maszynę do szycia , sieczkarnię, brony, pług, sochę, sanki, wozy, obrazy, meble – wysprzedali na licytacji”.
W posiółku Gramatucha w okolicy Nowosybirska spędzili 19 miesięcy. Tam też postawili pierwszy krzyż – nad babcią…Wtedy dowiedzieli się, że w Tocku organizują się Polacy. Dzieci z matką przeszły sto kilometrów pieszo. Ojciec i najstarszy syn przebyli tę drogę rzeką. Potem razem koleją dotarli do Czelabińska, gdzie był polski konsulat. W Czelabińsku zorganizowano transport do Taszkientu. Jechali tam tak, jak stali – bagaże przepadły – przez pomyłkę poszły inną drogą. Dotarli w końcu do rzeki Amudarii. Brat z ojcem omal nie utopili się podczas przeprawy barkami. Tam w jakimś kołchozie spotkało ich najgorsze – praca przy rwaniu bawełny. Dwa miesiące zarabiali tak na skromne utrzymanie.
W końcu z powrotem Amudarią zabrano ich do kołchozu Stalina (sic!) w miejscowości Kasan. Był grudzień 1941 roku. Za jedną lepioszkę dziennie i talerz mamałygi mężczyźni pracowali przy kopaniu kanału.
Dopiero w lutym 1942 stanęli przed komisją wojskową. Matka, wtedy 36-letnia kobieta, nie bała się zostać sama z trojgiem dzieci.
– Idź, walcz o lepszą Polskę – takie pożegnanie matki z ojcem zachowało się w pamięci Gieni.
Poszedł ojciec i najstarszy brat. Zostawiając rodzinę liczyli, że będzie miała zapewnioną żywność i zapomogę. W rzeczywistości wtedy właśnie zaczął się okres najtrudniejszy dla wszystkich. Matka pracowała. Dzieci miały chodzić do szkoły. Miały, ale nie chodziły – matka nie puszczała do „ruskiej” szkoły. Najmłodszy Mietek nie wytrzymał ciężkich warunków i wkrótce umarł. Nie można było zrobić mu nawet trumny. Pochowały go w płócienku…
Do jedzenia dostawali wtedy placki z kawy i talerz zupy wystany w długiej kolejce. Matka prędko rozchorowała się i trafiła do szpitala. Dzieci poszły do sierocińca.
– W tym czasie było nam najtrudniej. Chorych leczono wodą, głodówką… Podawałam mamie suchary, ale ich nie dostawała – ginęły gdzieś po drodze. Sama prosiłam o kawałek chleba, kradłam… W sierocińcu dzieci umierały z wycieńczenia. Trup leżał koło żywego. Rano ich wynosiliśmy. Po roku pobytu w kołchozie wywieźli nas do Afryki. Przez sześć lat byłam w sierocińcu w Aruszy w Tanganice. Chora matka została i więcej jej nie zobaczyłam… Byliśmy w okropnym miejscu. Gdzie indziej Sikorski kładł nawet trupa do wagonu, byle tylko wywieźć z tej strasznej ziemi – wspomina pani Eugenia.
Równie burzliwie potoczyły się losy ojca i syna Młodzianowskich. Syn rozpoczął drogę wojskową… od tyfusu, ojciec od czerwonki. Rozdzieleni spotkali się na kilka godzin w Persji. Dopiero po bitwie pod Monte Cassino, kiedy to ojciec rozpoznał rannego syna, nie rozstawali się. Razem dotarli do Anglii. Po wojnie stamtąd właśnie ojciec poszukiwał rodziny. Odnalazł dzieci przez Czerwony Krzyż. Eugenia i Janina wracały przez Egipt, Morze Śródziemne do Włoch.
– Jeszcze tam mogłam zostać… – wzdycha pani Eugenia.
Nie została. W Polsce zaczynali z ojcem od zbicia pryczy z desek. Znajomi oddali świnię i konia. Nie było łatwo, ale byli u siebie.
Brat Jan pozostał w Anglii. Potem wyjechał do Kanady. W 1960 roku ściągnął Janinę. Gienia zdecydowała się pozostać w Polsce.
– Nigdy nie zapisałam się do partii. Nie rozpowiadałam też nikomu o swoich przeżyciach, ale i tak zawsze byłam w pracy ta najgorsza. Wychowawczyni z sierocińca, która mieszka niedaleko, a którą odwiedzam, żałuje, że wróciła do Polski. A ja? Ja tu samiutka… Ot, takie to życie.
Z listu Jana Młodzianowskiego do siostry: „Chcą być dobrzy, barbarzyńcy. Jaką krzywdę zrobili. Nigdy tej rany nie zagoją na polskim narodzie, na polskiej ziemi i polskich mogiłach w Rosji sowieckiej”.
*
Tekst ukazał się w 1997 roku w piśmie Światowej Federacji Polskich Kombatantów „Westerplatte”.
Pani Eugenia nie żyje już od kilku lat.
10 lutego 1940 roku rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja Polaków na Sybir, przeprowadzona przez NKWD.














