Wiatraki trzeba i można polubić?
Fot. winterseitler z Pixabay
Wiatraki trzeba i można polubić?
Fot. winterseitler z Pixabay
Jakie korzyści z wiatraków mogą mieć ich sąsiedzi?
Ustawa przybliżająca wiatraki do zabudowań wraca do Sejmu. Senat wprowadził do niej niewielkie poprawki. Jak senatorowie i rząd widzą korzyści dla mieszkańców, wynikające z bliskości instalacji wiatrowych?
Jak podkreślano podczas debaty w Senacie, system korzyści osiąganych przez rolnika wydzierżawiającego teren zostaje zastąpiony systemem partycypacyjnym.
Rząd mówi o korzyści w wysokości do 20 000 zł rocznie z funduszu partycypacyjnego dla gospodarstw domowych położonych w pobliżu nowych farm wiatrowych.
Czytaj też:
– Zastępujemy mechanizm korzyści, który był wpisany niejako w prosumenta wirtualnego, funduszem partycypacyjnym – tłumaczył wiceminister klimatu i środowiska Miłosz Motyka. – Zatem na te głosy i sugestie, które do nas wpływały ze wspólnot lokalnych, od mieszkańców, ze strony rolników, że mogłoby dojść do spadku wartości gruntu, odpowiadamy, wprowadzamy fundusz partycypacyjny, jednoznaczną korzyść dla mieszkańców, którzy mieszkają blisko wiatraków, w odległości 1 tysiąca m. To, co nie byłoby wykorzystane, oczywiście będzie trafiało bezpośrednio do gminy. To też wpływy z podatków, o których mówiłem, różne, 1 turbina wiatrowa potrafi przynieść gminie od 60 do 150 tysięcy zł rocznie.
Wiceminister przekonywał tez podczas debaty, że wiatraki nie niosą żadnego zagrożenia. Mówił:
– O ile odległość 500 m jest oczywiście pewnym konsensusem społecznym, można by było powiedzieć, bo najczęściej jest to lokalizacja między 500 m a 650 czy 700 m, o tyle Polska Akademia Nauk jasno wskazuje i specjaliści w niej zrzeszeni, że jest to odległość bezpieczna dla zdrowia. Też nie ma nadmiernych… to znaczy w ogóle nie ma efektów szkodliwych dla zdrowia i życia mieszkańców w odległości 500 m. Nie ma. I też nie ma dowodów na to, że komuś coś na głowę spadło ani że były jakieś problemy gospodarcze związane z rolnictwem, że coś nie rosło lub rosło bardziej. W ogóle nie ma takich problemów – tu znowu odnoszę się do konsultacji, bo takie były wnioski. Opieramy się na zdaniu ekspertów, fachowców związanych z Polską Akademią Nauk. I ten raport czy ta analiza jest dołączona do projektu tej ustawy, Panie Marszałku.
Z dalszej wypowiedzi wiceministra wynikało, że poza pracami PAN nie są obserwowane inne wskaźniki, np. hałas.
– Ale monitoring środowiska jest na bieżąco prowadzony właściwie dla każdej inwestycji oddzielnie i będzie prowadzony. A każda z tych inwestycji zawsze będzie objęta decyzją środowiskową oraz miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego. Nikt też na podstawie własnego widzimisię nie będzie tej inwestycji lokalizował. Naprawdę to jest ustawa dobrze skorelowana ze wspólnotami lokalnymi i ich decyzyjnością, naprawdę nie widzimy tutaj żadnego ryzyka, że ktoś coś komuś na siłę będzie chciał zbudować – zapewniał wiceminister.
A dlaczego Niemcy regulują tą odległość od zabudowań inaczej? Senator Anna Bogucka pytała:
– Czy to prawda, że w Niemczech ta odległość wynosi 10H?
Wiceminister odparł, że „zależy gdzie”, przy czym nie jest to różnie uregulowane w różnych landach.
– Nie, to zależy od terenu. Tam też jest takie indywidualne podejście. Najczęściej jest to oczywiście odległość ok. 500 m – mówił.
– Jeżeli wspólnota lokalna w Polsce zdecyduje, że nie chce takiej inwestycji, to ona nie powstanie. A więc takiego narzędzia, takiego bezpiecznika, jak jest w Polsce, to, myślę, ci, którzy się na Niemcy powołują, powinni Polsce zazdrościć. Ja będę zawsze zwolennikiem tego, byśmy prawo w Polsce tworzyli lepsze niż gdziekolwiek na świecie – przekonywał.
Zapewniał też, że nie ma ryzyka pozostawienia w przyszłości właściciela terenu z koniecznością rozbiórki wiatraka – już teraz jest to zabezpieczone, a w przypadku funkcjonowania funduszu partycypacyjnego mechanizm będzie wzmocniony.
Ustawa o zmianie ustawy o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych oraz niektórych innych ustaw wróciła do Sejmu. Lada dzień przekonamy się więc, czy podpisze ją prezydent, czy zadziała „bezpiecznik” w postaci mrożenia ceny prądu, dorzucony do ustawy w ramach poprawek.
Posłowie PiS złożyli w Sejmie własny projekt dotyczący wstrzymania wzrostu cen energii.
Czytaj też:














