Scroll Top
kompas na twarzy

Jak trafić i gdzie iść?
Fot. Gerd Altmann z Pixabay

Jak trafić i gdzie iść?
Fot. Gerd Altmann z Pixabay

O partnerstwie i sojuszach a także pragmatyzmie i imponderabiliach

Oburzyli się komentatorzy: jak to możliwe, że partia ludowa – czyli Polskie Stronnictwo Ludowe – przygotowuje z Lewicą projekt ustawy „o statusie osoby najbliższej i wspólnym pożyciu”.

– Witos się w grobie przewraca – skomentował jeden z zacnych związkowców znakomitego związku, też ludowego i też roszczącego sobie pretensje do spuścizny po Witosie.

Czy aby na pewno stało się coś, z czym Witos by się nie zgodził?

Bywało, że szukał za wszelką cenę sojuszników. W styczniu 1929 roku szukał ich wprost rozpaczliwie. Rada Nadzorcza „Piasta” wezwała wówczas „do zaprzestania gorszących walk między stronnictwami ludowymi i dążenia do wspólnej obrony interesów mas chłopskich”, a Witos popełnił artykuł, w którym wskazał na wspólne poglądy stronnictw ludowych. Zechciał się też odnieść do tych rozbieżnych. Były to kwestie określane dziś jako światopoglądowe – a więc podobno fundamentalne dla ludu. Witos nie uznał jednak, aby różnice między stronnictwami ludowymi były znaczące i ważne: „Wątpię bardzo, czy jest dużo takich chłopów w Polsce, którzy by żyć nie mogli na przykład bez rozdziału kościoła od państwa, rozwodów czy ślubów kościelnych”.

A więc lekceważenie prezesa dotyczyło sfery fundamentalnej dla państwa i obywateli – a zdecydował się na taką postawę w nadziei na zyskanie sojuszników, co miało mu pozwolić na powrót do władzy, nawet bez dążenia do wspólnego załatwienia dla własnego ludowego elektoratu czegokolwiek (wszak trzy razy władzę miał – bez takich efektów).

A wcześniej? Pierwszy rząd Witosa był rządem koalicyjnym, z jedynym celem: obrony narodowej. Witosa wybrał na premiera Piłsudski i to pozwoliło rządowi przetrwać stosunkowo długo (14 miesięcy), pomimo braku stabilnej podstawy koalicyjnej (a i bez osiągnięcia tego, co zamierzano i co należało po wojnie osiągnąć). Drugi rząd Witosa też koalicyjnie łączył przeciwieństwa (bo czy realizować reformę rolną, czy raczej  gwarantować stan posiadania właścicielom ziemi?), rząd Chjeno-Piasta przetrwał pół roku – a już samo powołanie tego rządu sprawiło, że Marszałek wycofał się z polityki. Rząd upadł po gwałtownych strajkach i niepokojach społecznych (dość przypomnieć 30 ofiar w Krakowie, 28 podczas zamachu na Cytadeli w Warszawie) i wyjątkowo głębokim kryzysie gospodarczym. Powołanie trzeciego rządu Witosa sprawiło natomiast, że Marszałek wrócił do polityki, aby nie dopuścić do działalności tegoż rządu, opartego na tych samych podstawach, co poprzedni gabinet Witosa – w przewidywaniu podobnych skutków.

I trzy lata później znów chciał Witos wrócić do władzy, właśnie zamierzając „przymknąć oko” na różnice światopoglądowe potencjalnych koalicjantów. Czy były mało istotne? Nie. Przecież nie bez powodu działały różne stronnictwa ludowe, których odrębność właśnie z takich różnic wynikała. Bo światopogląd to nie nieistotny dodatek – to fundament.

Marszałek, oznajmiając o powrocie do polityki, powiedział w wywiadzie, że staje do „walki, jak i poprzednio, z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partii i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyści”.

A dzisiaj? PSL nie miał w swoim programie wyborczym zapowiedzi przyjęcia przepisów dotyczących związków partnerskich – mówi PSL-owski wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski i dodaje, że PSL odpowiedziało na zapotrzebowanie społeczne, a bez niego ustawa by nie powstała. –  Jesteśmy ludźmi pragmatycznymi – zapewnia.

Właśnie.

– Zajmują się związkami partnerskimi. Pan Władysław Kosiniak-Kamysz i pani Pasławska wymyślili sobie, że to jest najważniejsza rzecz dla polskich rolników. Wyście na głowę upadli. Macie dzisiaj 1,2% poparcia Polaków, a za chwileczkę będziecie mieć 0%. Zajmijcie się polską wsią, a nie związkami partnerskimi – grzmiał w Sejmie poseł Janusz Kowalski z PiS.

Nie lekceważmy imponderabiliów. Z nich wynika wszystko. A bez nich nic się nie uda – tak jak nie udało się Witosowi.

Piłsudski wyniósł z rodzinnego domu nader pomocną zasadę: „tylko ten człowiek wart jest nazwy człowieka, który ma pewne przekonania i potrafi je bez względu na skutki wyznawać czynem”.

I to on, a nie Witos, decydował i o państwie, i o imponderabiliach.

A historia lubi się powtarzać.

Witosów mamy dziś wielu, ale czy znajdzie się Piłsudski?

 

 

 

Posty powiązane

error: Content is protected !!